"Prawdziwy hipolog będzie się znał na różnych typach koni(...)"


"Prawdziwy hipolog będzie się znał na różnych typach koni (...)"
Wywiad ze znawcą tematu - Adamem Jończykiem

DSC_0173.JPGCo sprawiło, że zajął się Pan pracą właśnie z końmi?
- Miałem to szczęście, że urodziłem się w takiej, a nie innej rodzinie. Tata mojej mamy, a mój dziadek, Franciszek Wojciechowski - rolnik z miejscowości Darnowo, która leży 2 km od Państwowej Stadniny Koni w Racocie, miał zawsze 3 klacze licencjonowane i krył je tylko ogierami z najstarszego w Polsce Stada Ogierów – w Sierakowie, a źrebięta sprzedawał do wychowalni w Racocie. Był jednym ze współzałożycieli Wielkopolskiego Związku Hodowców Koni. To jest jedna strona medalu – strona żeńska. A również strona męska, od strony ojca była związana z końmi. Drugi mój dziadek, ojciec mojego ojca, po skończeniu tak zwanej podchorążówki został koniuszym ujeżdżaczem w Stadzie Ogierów w Bogusławicach, zaraz po jego powstaniu. Nie wiem czy dokładnie podaję datę, ale chyba w 1919 albo 1921 roku, trzeba by było to sprawdzić. 
Kiedyś było zupełnie inaczej, bo w stadach ogierów był tak zwany koniuszy gospodarczy, który zarządzał całą gospodarką i był koniuszy ujeżdżacz. Nie było żadnego trenera itd., tylko był koniuszy i to on uczył masztalerzy. Przecież wiadomo, że nie dyrektor wychodził z biura i uczył, tylko koniuszy ujeżdżacz. Był trenerem jazdy wierzchem i zaprzęgami. Taką rolę spełniał właśnie mój dziadek w Stadzie Ogierów w Bogusławicach. Później jak się działalność wojenna skończyła to w 1946 roku Państwo Ludowe mianowało go dyrektorem w Państwowym Stadzie Ogierów w Łobzie, gdzie pełnił tę funkcję przez 10 lat do 1956 roku. Później przeniesiono go do Stada Ogierów w Drogomyślu i tam pracował do chwili swojej śmierci, czyli do 1962 roku. Wywodzę się z rodziny, w której rodzice z obojga stron byli związani z hodowlą koni.

To jak Pan trafił do tego Kwidzyna?
- Do Kwidzyna trafiłem w sposób bardzo prosty. Urodziłem się w dużej wsi pod Jelenią Górą i tam mieszkałem do 2 roku życia. Ojciec mój pracował w administracji w ogrodach miejskich w Jeleniej Górze. Potem porozumiał się ze swoim ojcem, który miał jakieś tam znajomości i dostał pracę w WZPGRze w Szczecinie. A że Łobez leżał w województwie szczecińskim to zamieszkaliśmy u dziadka na 2 lata i ojciec codziennie dojeżdżał do Szczecina do pracy pociągiem. W 1952 roku w Łobzie było dwóch księgowych, mimo że była to mała jednostka. Dlatego też jeden z nich dostał przeniesienie do Kwidzyna, a po kilku miesiącach napisał list do mojego ojca: „Stasiu, tu jest bardzo fajnie, przyjeżdżaj”. No i mój ojciec pojechał do tego Kwidzyna i mu się tam spodobało. W 1952 roku, w dniu 2 stycznia rozpoczął tam pracę, a mojego brata i mnie z mamą ściągnął w kwietniu z Łobza. W ten sposób mieszkam w Kwidzynie od kwietnia 1952 do dzisiaj. I tam z końmi wzrastałem. Co prawda rosłem z końmi także w Łobzie. Dziadek zabierał mnie, jako małego chłopca, na bryczkę i jeździłem z nim do Bonina. Później, kiedy już mieszkaliśmy w Kwidzynie to jeździliśmy do dziadka na wakacje. Jak miałem 4 lata to podróżowałem na Błyszczu. Był to ogier stada łobeskiego, którego ojciec Grześka Chajęckiego, obecnego lekarza weterynarii, prowadził w ręku z ujeżdżalni, a ja sobie na nim na prawdziwym siodle podróżowałem i to była dla mnie wielka frajda. No, ale w tym Kwidzynie niezależnie od Stada Ogierów funkcjonował od jesieni 1951 roku zakład treningowy dla młodych ogierów szlachetnych i zimnokrwistych z 11-miesięcznym treningiem. Także miałem możliwość oglądania sobie koni i w Stadzie Ogierów, i w Zakładzie Treningowym.  
 
Ale miał Pan też epizody w innych miejscach, np. SK Prudnik, prawda?
- Tak. W czasie studiów byłem stypendystą Stadniny Koni w Kadynach, ale w związku z tym, że moje miejsce zostało zajęte przez starszego kolegę to „odkupiły mnie” Państwowe Tory Wyścigów Konnych na Służewcu. Tam później miałem staż, ale nigdy na wyścigach nie chciałem zostać, mimo że miałem tam 3 możliwości pracy: w dziale selekcji, w szpitalu dla koni albo zostać trenerem koni wyścigowych. Powiedzmy sobie szczerze, że żadna z tych opcji mnie nie pociągała. Jeszcze jak miałem tam staż to wysłano mnie na 2 tygodnie do Janowa Podlaskiego, ponieważ tamtejszy lekarz weterynarii popłynął ze sprzedanymi arabami do Stanów Zjednoczonych. Musiałem przez ten czas uczyć się weterynarii już nie tylko końskiej, ale i innych gatunków zwierząt. Po powrocie na tor wyścigów konnych dalej odbywałem staż, a później jesienią wyjechałem do Iwna do Stadniny Koni Pełnej Krwi Angielskiej. Mogłem sobie porównać hodowlę dwóch czystych ras. _DSC0007.JPGA po miesięcznym pobycie w Iwnie znów wydelegowano mnie do Janowa, bo wybuchł tam problem tak zwanej choroby janowskiej, czyli niedoboru selenu. W związku z tym, że prowadził to wydział weterynarii uczelni lubelskiej nie było komu prowadzić badań. Wtedy Zjednoczenie Hodowli Zwierząt Zarodowych, które panowało nad stadninami i stadami, wysłało mnie tam na dłuższy czas, bo na pół roku. Potem po odbyciu tego stażu trafiła mi się stadnina blisko mojego domu, czyli w Nowej Wiosce. Tam rozpocząłem w połowie kwietnia 1973 roku pracę jako lekarz weterynarii w ośrodku specjalistycznym nad hodowlą wielkostadną, tak to szumnie brzmiało. A od 1 stycznia następnego roku zostałem tam głównym hodowcą, a moja weterynaria ograniczała się tylko do jednego gatunku zwierząt, czyli koni. W tej Nowej Wiosce przepracowałem 7 lat, po czym przeniosłem się do Zakładu Treningowego w Kwidzynie, gdzie przez 18 lat byłem kierownikiem i zarazem lekarzem weterynarii. Była to bardzo ciekawa praca. Uważam, że praca z młodymi ogierami przez 11 miesięcy i doprowadzenie ich od zera do końcowego egzaminu była zajęciem bardzo ciekawym, w którym człowiek miał bardzo duże pole do popisu. Podczas zmiany ustroju państwa wiadomo było, że Kwidzyn był przymierzany do tego, że prawdopodobnie nie będzie jednostką państwową. W tym czasie miałem propozycję zmiany pracy na Zakład Treningowy w Białym Borze, na Stadninę Koni Moszna, ale jakoś mojego ukochanego Kwidzyna nie chciałem opuścić. Kiedy pracowałem w ZT, to na pół etatu byłem zatrudniony również w Związku Hodowców Koni w Bydgoszczy. Kiedy Kwidzyn zlikwidowano to dostałem pracę na 2,5 roku w Stadninie Koni Prudnik. Było to bardzo daleko, bo aż 600 km od Kwidzyna, zupełnie na południu pod czeską granicą. Po tych 2,5 roku, kiedy dowiedziałem się, że w Malborku jest jedno wolne miejsce do pracy, poczyniłem bardzo mocne starania, żeby się tam dostać i udało mi się to, chociaż z wielkim trudem. I od 7 maja 2001 pracuję w Pomorskim Związku Hodowców Koni w Malborku. 
 
Które miejsce pracy wspomina Pan najlepiej?
- Nie ma tu jakiegoś wielkiego podziału, ale chyba Kwidzyn i Malbork. Są to zupełnie różne miejsca pracy, bo w związku człowiek zajmuje się hodowlą, jej organizacją, tam z kolei zajmowałem się bezpośrednio treningiem. To są takie dwa miejsca, które dają mi dużo możliwości „wyżycia się” w tej swojej pracy.
 
Co najbardziej lubi Pan w swojej pracy?
- Jak mogła się pani przekonać podczas praktyk, praca jest bardzo interesująca, bo skupiamy 3 typy koni: liderami są konie zimnokrwiste, potem szlachetne oraz kuce i konie małe. Hodowla koni jest tak ciekawa, że nie da się tego opisać, a prawdziwy hipolog będzie się znał na różnych typach koni: kucykach, zimnokrwistych czy szlachetnych, ale jeden z nich będzie priorytetowy. Wstaję do pracy zawsze o 4:45 zadowolony, uśmiechnięty, bo dla mnie praca jest hobby. Dlatego wstaję rano o 4:45 nie z konieczności i musu, a dla przyjemności, bo wiem, że za dwie godziny czeka mnie przyjemna praca z końmi, ze zwierzętami, które od dziecka kocham i bez których nie wyobrażam sobie mojej pracy.
 
To jaki jest stan dzisiejszej polskiej hodowli koni?
- Najważniejszy jest przyjęty system, który trzeba dobrze opracować, żeby były jakieś sukcesy. Uważam, że system, który w 2001 roku zaczęliśmy wdrażać mamy tak wypracowany, że jakoś nas w tej polskiej hodowli widać, szczególnie w przypadku koni sztumskich. Jest to rasa objęta programem ochrony zasobów genetycznych. Gołym okiem widać, że stadnin hodujących konie sztumskie jest więcej niż tych sokólskich. Konie te są rozmieszczone w całej Polsce, materiał genetyczny jest bardzo dobry, o czym świadczy chętne nabywanie zarówno klaczy, jak i ogierów. Występuje również duże zaangażowanie hodowców, co daje pewien gwarant długotrwałej pracy i istnienie tego konia, który oprócz importów odegrał wysoce istotną rolę w kształtowaniu się typu współczesnego polskiego konia zimnokrwistego. Doczekał się nawet opracowania filmowego w 2006 roku, bo koń sztumski jest pewnego rodzaju dobrem regionalnym. Obok śliwki pomorskiej i gęsi pomorskiej :)
_DSC0039.JPGNatomiast koń szlachetny, mimo że mamy go niewiele jest koniem, którego posiadany materiał wywodzi się z najcenniejszych rodów męskich w światowej hodowli koni sportowych. Tylko w tej chwili u nas nie ma rynku na konie szlachetne. Wiadomo, że sport jeździecki dzisiaj jest w rękach ludzi bogatych, którzy chcą, żeby dzieci im się nie „wymarginesowały” i uprawiały jakiś sport, a nie interesowały się alkoholem i narkotykami tudzież innymi brzydkimi zajęciami. Mają różnych doradców, bo powiedzmy szczerze, że tych naprawdę wykształconych trenerów mamy mało. Żeby kogoś wsadzić na dobrego konia to trzeba się najpierw znać na tej hodowli, a u naszych trenerów, instruktorów i ludzi, którzy mają kupić konia jest wielka przepaść. W temacie warsztatu, który powinni znać nie mają dużego rozeznania. Dlatego jeździmy na zachód, kupujemy konie bardzo kiepskie w tych „sklepikach”, które skupiają konie głównie zepsute czy odrabiane przez różnych „fachowców”, a w związku z tym nasza hodowla kuleje. Poza tym, jak ktoś chce kupić konia dla swojej pociechy, nikt nie dotyka takiego, który nie chodzi konkursów 110-120 cm. Dopiero o takim koniu możemy rozmawiać. Dzisiaj koni młodych mamy bardzo mało. Na przykład tydzień temu oglądałem konkursy w Kwidzynie, gdzie w klasach LL i L startował dosłownie jeden koń, który miał 4 lata. Inne miały od 6 lat wzwyż. U nas nie ma rynku berajtrów, czyli jeźdźców, którzy by te konie robili, nie ma rynku młodych koni sportowych, dlatego ta polska hodowla koni sportowych ciągle kuleje. 
Pisząc książkę o trakenach zauważyłem, że o ile tego konia sztumskiego da się odbudować i wyhodować dobry materiał, to w koniach trakeńskich zaprzepaściliśmy najcenniejsze rody. Trzymamy się tylko Pilgera, który żyje dzięki Aspirantowi, a reszta pochodzi od ogierów pełnej krwi angielskiej. Wszystkie stare rody nam wyginęły, co moim zdaniem było pewnym niedopatrzeniem osób odpowiedzialnych za te hodowlę, bo jednak w tych trakenach i ogierach wschodniopruskich, które zakładały hodowlę koni mazurskich i poznańskich po II Wojnie Światowej mieliśmy podział ogierów na linie skaczące, ruszające się czyli ujeżdżeniowe i nawet wszechstronne.
 
Dzieli się Pan tą ogromną wiedzą z innymi  na klinikach lub wykładach?
- Jak najbardziej chcę się nią dzielić z młodzieżą. Jak pracowałem w Prudniku to pewna młoda osoba pełniła tam funkcję hodowcy i ona nie chciała korzystać z moich uwag, wiedzy i doświadczenia. Poza Prudnikiem też spotkałem się z ludźmi, którzy nie życzyli sobie mojej wiedzy. Ja jestem osobą bardzo wymagającą pod względem pracy, a wiedzę przekazuję zawsze na gorąco. Trzeba tylko słuchać, bo ja nie mówię, weź karteczkę i pisz. Z doświadczenia wiem, że trzeba samemu się interesować i zabiegać o wiedzę.
 
Czy książka o koniach sztumskich to Pana pierwsza publikacja?
- Tak, pierwsza. Moim marzeniem było napisanie książki, bo artykułów w naszej polskiej prasie specjalistycznej jest już ponad 100 i nawet jeden ukazał się w niemieckiej prasie, a dokładnie w Der Hannoveraner w 1991. „Koń sztumski – wczoraj, dzisiaj, jutro” jest pierwszą książką, ale już zacząłem pisać drugą i jestem już nawet daleko. Wymyśliłem sobie cykl trzech książek. Druga będzie o koniu trakeńskim, a trzecia o polskich koniach angloarabskich.  
 
Jak długo pisał Pan „Konia sztumskiego”?
- Niezbyt długo, bo rozpocząłem ją dokładnie 17 września 2011, kiedy z żoną i wnukiem wyjechaliśmy na krótki urlop nad morze. Wieczorami, kiedy żona i wnuczek spali rozpocząłem pisać pierwsze rozdziały tej książki. Pisałem ją z przerwami do 26 kwietnia ubiegłego roku. Potem w połowie maja została przepisana, a korekta była robiona chyba 7-krotnie, ale podejrzewam, że jeszcze wszystkiego nie zauważyłem. 
 
Kiedy planuje Pan wydanie drugiego tomu o trakenach?
- Ciężko powiedzieć. Wszystko zależy od naszego informatyka Wojtka, bo to zdobywanie i wklejanie zdjęć w odpowiednie miejsca jest najdłuższym zajęciem. 
 
Na jakie trudności napotkał Pan przy wydaniu książki?
- Trudności były ogromne. Najpierw Urząd Marszałkowski rzekomo zadeklarował się mi pomóc, ale chciał mnie pozbawić wszelkich praw autorskich i wszystko przejąć w związku z tym, że miał sfinansować całe przedsięwzięcie. Ruszyłem więc do naszych hodowców, jak to się mówi, jak ksiądz na mszy z koszykiem i to właśnie oni sfinansowali wydanie, za co jestem im naprawdę bardzo wdzięczny. Przyjąłem taki klucz, że z 1000 wydanych egzemplarzy w połowie zapłaciłem każdemu hodowcy książkami za tę pomoc finansową. Tak też chciałbym zrobić z trakeniarzami, ale nie wiem czy mi się uda. Czy akurat będzie tyle samo książek, bo może wydrukujemy mniej. Jednak mam zarys tej książki, wiem co napisać, co uwzględnić i tak dalej. 
 
Jakich chciałby mieć Pan czytelników? Dla kogo pisze Pan te książki?
- Przede wszystkim dla hodowców, ale również dla osób, które lubią konie i lubią o nich czytać. Myślę, że każda szkoła i uczelnia rolnicza, w której uczy się hodowli koni powinna mieć kilka egzemplarzy w swojej bibliotece. Mam wiele telefonów od różnych osób, które mówią, że się dopiero dowiadują niektórych rzeczy i wcześniej  nie wiedzieli, że były takie czy inne konie. 
 
W Pana karierze przewinęła się niezliczona liczba koni. Czy ma Pan swojego ulubionego?
- Przez 18 lat, kiedy prowadziłem zakład treningowy, próbę dzielności ukończyło z wynikiem pozytywnym 847 ogierów. Z pewnością było ich więcej, bo część była sprzedawana za granicę albo brakowana. Moim ulubieńcem był Aragonit – bardzo trudny koń, jurny, którym zawsze prowadziłem zastęp ogierów i szedł zawsze na froncie, bo nie musiał się wtedy zajmować kolegami obok. Bardzo fajny koń, niesamowicie jezdny, fantastycznie galopujący. Później był taki Wenet, też liskowskiej hodowli, kary po Dogmacie. Potem miałem takiego ulubionego, był bez kłusa, aczkolwiek bardzo dobrze galopujący syn Piołuna, Rotang. To była trójka moich ulubionych ogierów, na których zawsze prowadziłem zakład treningowy. 
DSC_0217.JPGNatomiast jeśli chodzi ogólnie o ulubione konie w całym moim życiu, od których nigdy nie odrywałem oczu to na pierwszym miejscu jest małopolski Błyszcz. Można powiedzieć, że był to mój rówieśnik, którego bardzo lubiłem i bardzo mi się podobał. Drugim koniem, na którego się natknąłem i nawet pracowałem z nim w treningu w Prudniku był ogier Luron. On też mi się niesamowicie podobał – ogromnej urody, bardzo inteligentny, trochę trudny w treningu, ale jakoś się z nim dogadywałem. Trzecim koniem, który mnie zauroczył, jak byłem na kwalifikacji ogierów holsztyńskich bodajże 2010 albo 2009 rok, był holsztyński ogier Diarado. 
Do ZT w Kwidzynie przychodziły ogiery po Błyszczu. Najpierw z Janowa, a potem Lisek. Były to super konie: niesamowicie jezdne, fantastycznie skaczące, dobrze ruszające się. Jedyną wadą Błyszcza było to, że nie rodziły się po nim klacze, a przeważnie ogiery. Lurona staram się cały czas rozwijać w hodowli, inbreduję i nawet będę już dochodził do trzykrotnych inbredów na niego. W mojej mini stadnince, którą prowadzę z moją córką Justyną i synem Łukaszem mamy już trzeciego inbreda 2x3 na Lurona. Pierwszy był wałach po Imequylu, którym Łukasz jechał MPMK 4-latków i zajął X miejsce. Drugi był ogier Madżil po Dżahilu, który skończył Zakład Treningowy w Bogusławicach na III miejscu i z wysoką 84-puktową bonitacją. No i teraz przywiozłem do treningu kolejnego ogiera zinbredowanego na Lurona, z resztą półbrata tamtych dwóch, tylko ten jest po Aravelu. Dalej planuję używać tego ogiera. Madżil to wygląda jak sklonowany Luron i niedawno miał swoje pierwsze zawody. Na 4 przejazdy aż 3 ukończył na czysto. A konie po Diarado trochę dają mi niedosyt, bo są piękne, w dobrym typie, ale jak się przyglądam im w skoku luzem to mają mało elastyczny grzbiet. Także pod tym względem ten trzeci ulubieniec trochę mnie zawodzi :)
 
Jaki powinien być nowoczesny koń sportowy?
- Konie powinny dzielić na dwie kategorie: konie super - niech są nawet trudne, dla super zawodowców, którzy potrafią je doprowadzić do bardzo dużego wyczynu i konie dla amatorów, bo dużo ludzi szuka odskoczni w postaci jeździectwa. Popularność takiego ogiera w światowej hodowli koni sportowych jak Cor de la Bryere wiąże się z tym, że jego krew płynie w rodowodach koni bardzo łatwych do jazdy dla amatorów. Koń sportowy musi być przede wszystkim elegancki, mieć ładną, kształtną, niedużą głowę, okrągłą potylicę, małe, krótkie uszka, okrągłe i wyraziste oko, które świadczy o dużej inteligencji konia. Poza tym wyraźny kłąb nie za długa i nie za krótka kłoda, prawidłowa postawa kończyn. Ruch musi być energiczny, elastyczny i obszerny. Koń musi się wykazywać dużą jezdnością, czyli łatwo reagować na pomoce jeźdźca.
 
DSC_0896.jpgA jeśli chodzi o sportowy rodowód?
- Na świecie jest około 12 najlepszych linii skokowych. Ujeżdżeniowych będzie mniej, około 6-7. Nie ma już linii stricte WKKW-oskich. Linie z dużym dolewem pełnej krwi angielskiej odchodzą, bo nie ma już stipla, więc korzysta się z linii zarówno skokowych, jak i ujeżdżeniowych. Bo jeśli ktoś po próbie ujeżdżeniowej jest nisko w klasyfikacji, ma małe szanse, żeby odrobić punkty w crossie lub parkurze. 
 
Jaki miał Pan wpływ na karierę syna Łukasza? Sam chciał jeździć, czy ktoś go ukierunkował na dyscyplinę?
- Raczej sam chciał, aczkolwiek w rodzinie jest zupełnie inne przekonanie. Moja żona twierdzi, że Łukasz jeździ konno tylko dzięki temu, że ja chciałem się realizować w tym sporcie i że mojej mamie na tym bardzo zależało. Nie trzeba było go namawiać, bardzo chętnie sam jeździł. 
 
Czy od zawsze jeździł skoki?
- Przejechał jakieś dwa konkursy WKKW jako dziecko w Olimpiadzie Młodzieży, ujeżdżenia trochę więcej, ale jednak skoki wzięły górę. 
 
Pozostałe Pana dzieci też jeżdżą konno?
- Moja Justysia trochę jeździ i jest na tyle przygotowana, że spokojnie może być luzakiem. A trzecie moje dziecko, najmłodsze - Ola nie jeździ. Na co dzień mieszka w Niemczech i mówiła, że trochę się tam podszkoliła u jakiejś koleżanki. 
 
Dziękuję za rozmowę i życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.
- Dziękuję.
 
Paulina M. 






Szukaj w katalogu

Promowane firmy

Sklep Jeździecki Zabookuj Gdańsk

Gdańsk, Lubczykowa 5
tel. 58 742-36-16
www.sklep.zabookuj.eu

Estancja Mezowo

Mezowo, Kiełpińska 39
tel. (58) 742-11-93, 790-537-737
www.estancjamezowo.zabookuj.eu

Stajnia Pępowo

Pępowo, Gdańska 151
tel. 693-803-163
www.stajniapepowo.zabookuj.eu

Rekreacyjna Jazda Konna "PODKÓWKA"

Nowy Klincz, Nowy Klincz 30
tel. 505-580-608
www.koniekoscierzyna.zabookuj.eu